Jedni nazywają to kocią łapą, inni konkubinatem. W ciągu ostatnich 30 lat liczba wolnych związków – jak wynika z wyliczeń GUS - wzrosła w Polsce dwukrotnie.
Znawcy tematu twierdzą, że do oficjalnych danych (200 tysięcy par), trzeba dodać jeszcze jedno zero. Bo niemal w każdym bloku i klatce mieszka ktoś bez ślubu.
Helena miała dwóch mężów, z oboma się rozwiodła. Nie chce do tego wracać i rozkładać na czynniki pierwsze, bo to było 30 lat temu. Ważne, że w końcu spotkała mężczyznę, który okazał się mężczyzną jej życia. Już ćwierć wieku są razem. Bez ślubu.
- Gdy się do mnie wprowadził, nastąpiła ogólna konsternacja – opowiada. – Bo ja w tym bloku na gdańskim Przymorzu mieszkałam od początku i sąsiedzi, chcąc niechcąc, obserwowali moje potyczki uczuciowo-rodzinne. Piotra potraktowali najpierw z pewną taką nieufnością, długo nie chcieli go zaakceptować. Podobnie jak naszego związku. No bo jakże to tak: Afiszować się kochankiem w biały dzień? W sylwestra, gdy w przelocie składaliśmy sobie życzenia, życzyli nam… rychłego ślubu.
........................................................................................................................................................
ZOBACZ TAKŻE:
Szukasz pomocy przy organizacji ślubu? Sprawdź największą bazę firm z branży ślubnej
........................................................................................................................................................
Zamiast ślubu, były chrzciny. I sto różnych kłopotów. Z urzędnikami, parafią, spółdzielnią mieszkaniową.
- Piotr poszedł do USC, żeby córkę zarejestrować – relacjonuje Helena. – Odprawili go z kwitkiem, bo sam fakt, że chce córkę uznać, to za mało, gdy się nie jest mężem matki. Ksiądz nie chciał małej ochrzcić, bo była owocem grzechu. A spółdzielnia nałożyła… haracz, czyli większy wymiar czynszu z uwagi na osoby obce mieszkające ze mną pod wspólnym dachem. Że to moje dziecko, nie miało znaczenia, ono nosiło inne nazwisko.
Helena jeszcze dziś się złości na te wspomnienia. I prosi, by nie podawać bliższych danych, bo wprawdzie świat się zmienił i ustrój, inna jest mentalność i inni sąsiedzi w bloku, ale stosunek do związków nieformalnych pozostał taki sam. Niechętny. Pomimo, że co czwarta para żyje bez ślubu i taki układ można spotkać w każdej niemal klatce.
A dlaczego właściwie Helena i Piotr nie chcą swego związku zalegalizować?
- Bo nie może to być związek sakramentalny, skoro już raz przed ołtarzem stawałam – tłumaczy Helena. – A na ślubie cywilnym i na papierku ani mnie, ani Piotrowi nie zależy. Jakie to ma znaczenie po tylu latach?
- Sprawy spadkowe można obejść, spisując testament – podpowiada Sylwia, córka Heleny. – A w szpitalu, jeśli coś się stanie i trzeba zasięgnąć informacji, pytają wprawdzie o pokrewieństwo, ale nie żądają, by okazać akt małżeństwa. Inne czasy.
Znak czasu, znak ekranu
Sylwia wie, co mówi. Studiuje zaocznie prawo. A fakt, że rodzice nie mają ślubu, nigdy nie stanowił dla niej problemu. No, może wtedy, gdy dzieci na podwórku nazwały ją znajdziuchą, a matka nie bardzo potrafiła wytłumaczyć, co to słowo oznacza. Wtedy jej poukładany świat trochę zaczął się rozłazić. Ale to minęło, bo generalnie miała szczęśliwe dzieciństwo i szczęśliwy dom. Bardziej niż niejedna koleżanka z legalnego związku.
Sylwia ma 25 lat i chłopaka. Chcą kupić do spółki mieszkanie, wziąć wspólny kredyt. Dziś tak można, nie trzeba ślubu, dowiadywali się w banku. A ślub? Nie wykluczają. Ale nie teraz, tylko za parę lat, gdy ustawią się zawodowo.
- Większość par, które znamy, nie spieszy się do ołtarza – uśmiecha się Sylwia. – Po prostu ze sobą są. Niektóre razem mieszkają. Nawet ich babcie już takie układy akceptują. Znak czasu, znak ekranu. To podobno te obśmiewane seriale uczą ludzi życia.
Z danych GUS, zebranych podczas Narodowego Spisu Powszechnego wynika, że w ciągu ostatnich 30-40 lat liczba wolnych związków wzrosła z 90 tysięcy do ok. 200 tysięcy. Z badań mniej formalnych, czyli np. ankiet socjologów, wynika, że tych związków może być nawet dwa miliony. To prawdziwa szara strefa!
Ksiądz Krzysztof Masiulanis, zastępca dyrektora Wydziału Katechetycznego Kurii Metropolitalnej w Gdańsku i proboszcz parafii pw. Przemienienia Pańskiego w Sobowidzu nie sądzi jednak, by takich związków było zdecydowanie więcej.
- Może raczej bardziej odważnie się o tym mówi – przypuszcza. - Bo kiedyś nie było na nie społecznego przyzwolenia. A teraz, skoro bohaterowie filmowi czy książkowi żyją na kocią łapę, to dlaczego nie my? Skoro oni się nie modlą, to dlaczego my mamy to robić? Fizjologia sama się o siebie upomni, ale modlitwa się nie upomni. Małżeństwo też się nie upomni. To często idzie w pokolenia, bo brakuje właściwych wzorców. Niektórzy zresztą nie tylko do małżeństwa, ale i do takich nieformalnych związków się nie poczuwają, to tylko taki podskok, ucieczka od prawdziwego uciążliwego życia.
Ale w sprawie małżeństwa nie wolno na nikogo naciskać. Parę lat temu było tak, że co kolęda, to ksiądz wiercił dziurę w brzuchu, a co wieczór babcia albo przyszła teściowa dokładały swoje. Ryzykowało się przez to, że ten związek będzie nieważny, bo jeśli dochodzi do ślubu z czyjejkolwiek inicjatywy, poza inicjatywą samych młodych, choćby w odruchu odpowiedzialności za życie, które gdzieś niechcący się poczęło, to ryzykuje się nieważność. Młodzi sami muszą decydować.
- Bardziej niż kazania, na odblokowanie par, które żyją sobie nieformalnie, działa cicha modlitwa – podkreśla ksiądz Krzysztof. – W ostatnim roku przez moje biuro przewinęło się wiele par, które już jakiś czas ze sobą były i nagle postanowiły stanąć przed ołtarzem.
Nie tradycja, lecz wygoda
Kilka tygodni temu, podczas mszy, księża zachęcali do lektury artykułu w „Gościu Niedzielnym” pod wymownym tytułem „Kocia łapa drapie”, który zaczynał się tak: „Chcesz wolności zamiast papierka? Wolisz sprawdzić siebie i partnera przed ślubem? Życie na kocią łapę jest dla ciebie”.
Ten, kto do niego sięgnął, przeczytał, że konkubinat daje mniej szczęścia niż małżeństwo, jest nietrwały i rozpada się cztery razy częściej niż związek sakramentalny. Przeczytał też – i nad tym księża szczególnie ubolewali – że aż 28 proc. „wierzących i praktykujących” oraz 64 proc. „wierzących i niepraktykujących” określa wolne związki jako „zasadniczo dobre”.
- Czytała pani „Trzecią falę” Alvina Tofflera? – pyta prof. Hanna Brycz, psycholog społeczny z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Gdańskiego. – On już w latach 70. przewidział, że społeczeństwo przyszłości będzie bez porównania bardziej zróżnicowane i bardziej tolerancyjne wobec różnic. Że przestanie dominować tradycyjna rodzina, że będzie coraz więcej wolnych związków i ludzi żyjących solo. Te zmiany kulturowe, socjologiczne i obyczajowe dokonały się w ciągu jednego pokolenia. Ja nie zamieszkałabym bez ślubu ze swoim chłopakiem u matki. A teraz to zupełna norma. Ucieka odpowiedzialność za drugiego człowieka, pojawia się konsumpcjonizm.
Izraelski psycholog społeczny Shalom Schwartz, który wyróżnił dziesięć najważniejszych wartości, którym ludzie hołdują, teraz odżegnuje się od tej hierarchii. Bo konsumpcjonizmu w niej nie przewidział.
- Młodzi ludzie, ze względu na niewiarygodną wręcz rewolucję obyczajową, przestali kierować się tradycją czy religią, postawili na wygodę – uważa prof. Brycz. - Wpływ na to mają ogromne koncerny, podpowiadające wciąż nowe potrzeby, nad którymi trzeba się pochylać. A więc: najpierw zdobyć mieszkanie, pracę, pieniądze, trochę pobyć w związku nieformalnym, by sprawdzić, czy razem jest dobrze…
Między kornikiem a wydrą
Adam, gdy słyszy takie rzeczy, to się złości.
- Nie chodzi o wygodnictwo czy erotyczne rozpasanie – podkreśla. – Chodzi o wolność wyboru. Sprzeciw wobec konwenansów i ingerencji państwa czy Kościoła w życie intymne. Żadnych formalnych więzów i formułek w stylu, że cię nie opuszczę aż do śmierci. Dlaczego mam to obiecywać? Ja nie wiem, czy jutro nie zakocham się w kimś innym. To leży w mojej naturze. Naturze ssaka. Czy pani wie, że tylko trzy procent ssaków łączy się na dłużej z jednym partnerem? To piżmoszczury, nietoperze i azjatyckie wydry. A poza ssakami - ropucha, kornik i karaluch. Najbardziej monogamicznym zwierzęciem jest tasiemiec, bo rozmnaża się sam ze sobą.
Adam niczego więc Ewie nie obiecuje. Nawet wierności. A ona to akceptuje. Jest kobietą wyzwoloną. Też prowadzi bujne życie towarzyskie. Tak mówi. Ale ci, którzy ją znają, twierdzą, że to wszystko na niby. To całe jej wyzwolenie, ta poza. Niektórzy dodają, że na niby są też obrazoburcze popisy Adama. Najlepszy dowód, że są ze sobą już sześć lat. A dwa małżeństwa, u których bawili się na weselach, już się rozpadły. Więc tak naprawdę nie o ślub chodzi, tylko o dobry związek.
Dobry związek jest wtedy, gdy jedno drugie kocha, rozumie, szanuje. Gdy trwa przy tej osobie w biedzie i chorobie. Z papierkiem lub bez.
Ja, ty, my
Agata mówi, że zawsze żyła w tymczasowości. W domu na niby. Ojca nie znała, matkę widywała z rzadka. Wiedziała, że nie wolno się do jej obecności przyzwyczajać, bo któregoś dnia znowu sobie pójdzie. Chodziło o to, by w tym domu na niby nie dać się zrobić w konia. Ale pojawił się Maciek, artysta z głową w chmurach, zakochała się. Po paru miesiącach zaszła w ciążę.
- Postanowiliśmy, że urodzimy to dziecko i że to będzie nasza rodzina – objaśnia krótko. Dalsi i bliżsi krewni natychmiast się na nich rzucili, by wzięli ślub, ale oni te dyskusje szybko ucięli. Cieszyli się sobą i tym gorącym czasem, nie zamierzając poddawać się rytuałowi.
- Inna sprawa, że nigdy nie doszło między nami do rozmowy na ten temat, on nigdy mi się nie oświadczył – mówi Agata. – A ja nigdy nie odpowiedziałam sobie na pytanie, czy chcę być żoną tego człowieka.
No więc ślubu nie było. Nie odbył się też chrzest dziecka, co przysparza teraz wielu kłopotów. Mała chodzi wprawdzie na lekcje religii i do kościoła, ale w przyszłym roku jej rówieśnicy przystąpią do pierwszej komunii.
- Stanęliśmy przed sytuacją, w której musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: Co dalej? – tłumaczy Agata. - Ksiądz proponuje dwie pieczenie przy jednym ogniu, czyli ślub i chrzciny, a w perspektywie, też tę komunię. A ja ponownie zadaję sobie pytanie: Czy chcę być żoną tego człowieka? Mam 33 lata, jesteśmy od 10 lat razem, mamy wspólne dziecko, a ja nie nie potrafię sobie na to pytanie odpowiedzieć. Pomimo że jest to najlepszy człowiek, jakiego spotkałam w swoim życiu. A naszego związku nie umiałabym rozwiązać.
Z nazywaniem Maćka w tym ich układzie, po dziesięciu latach, też ma problem.
- Mój chłopak, już nie wypada, zaczynam się głupio czuć – śmieje się. - Narzeczony? Nie dał mi przecież pierścionka. Partner? W tym też jest dystans. Konkubent, mówię przekornie, starając się zamienić to w żart. Ale, chwila: Czy to jest żart, to nasze bycie razem?
W zeszłym roku miała załamanie nerwowe. Wiele spraw się na to złożyło, nie tylko ten nieklarowny układ i poczucie, że cały dom jest na jej głowie. Zaczęła myśleć o ustawieniu siebie wobec różnych wydarzeń, o konieczności łapania dystansu. Choroba, która ją unieruchomiła, jego obudziła. Niby nie musiał z nią być, a był. Oboje zrozumieli, że miłość jest zobowiązaniem. Podcieraniem nosa, gdy drugi człowiek staje się niesprawny. Przejmowaniem obowiązków.
- Dziś wiem, że ewentualny ślub jest jakimś symbolem. Znakiem dla otoczenia i znakiem dla mnie. Że ja sobie nakładam jakąś zapadkę: Mogę liczyć na tego człowieka, on jest moją rodziną, musimy się uczyć decydować o różnych rzeczach razem. Jeszcze nie wiem, jaką decyzję podejmę. Ale psychicznie przygotowuję się do tej myśli, że mogłabym tego doświadczyć. Doświadczyć małżeństwa. To mały heroizm z mojej strony: Nie chować w sobie mentalnej przestrzeni wolności. Tylko, co będzie, jeśli nam nie wyjdzie? Jeśli znowu dam się zrobić w konia?
Konkubent w kościele
W katechizmie kościoła katolickiego, zjednoczenie cielesne między mężczyzną a kobietą poza małżeństwem nazywane jest nierządem. Nierząd jest grzechem. Konkubenci nie mogą więc przystępować do spowiedzi w wymiarze sakramentalnym. Ksiądz ich nie rozgrzeszy, bo ma związane ręce, to wynika z prawa kanonicznego. Natomiast jeśli ktoś zdecyduje się na drugi wymiar spowiedzi, takie przewodnictwo duchowe, które mogłoby na dłuższą metę doprowadzić do jakiegoś otwarcia się na zawarcie związku sakramentalnego, to super. Tylko pytanie: Który ksiądz odważy się na takie kierownictwo duchowe wobec par nieformalnie żyjących? Zwłaszcza w układach parafialnych.
W warunkach kameralnych, na przykład wśród żeglarzy czy motocyklistów – to się zdarza. Nie jest to klasyczna spowiedź, to raczej wiele spotkań, obłożonych tajemnicą. Chodzi o to, by dać tym ludziom nadzieję i wytłumaczyć, jaki interes ma Pan Bóg w tym, by się pobrali. Ksiądz Krzysztof Masiulanis od 16 lat zajmuje się motocyklistami. Średnio raz na dwa lata jednej lub dwóm takim zagubionym parom błogosławi.
- A chrzci ksiądz dzieci z nieformalnych związków?
- Jeśli rodzice przyprowadzą odpowiednich chrzestnych i chociaż w ten sposób zagwarantują wzrost dziecka w wierze, nie odmawiam.
W Polsce jest osiem milionów małżeństw. Jutro odbędzie się w Sobowidzu kolejny ślub. Dziesiąty w tym roku.
Kocia wiara
Wszystkie określenia wolnych związków mają zabarwienie pejoratywne. Wskazują dystans lub nieczystość intencji. Konkubinat, który pochodzi od łacińskiego con cubare, czyli spać ze sobą, wskazuje na seksualny charakter związku.
Skąd się wzięła kocia łapa, nawet językoznawcy nie bardzo wiedzą. Może od kociej wiary, która w potocznym rozumieniu oznacza wiarę niechrześcijańską? Dlaczego kocia? Bo kot – jak wiadomo – chodzi własnymi drogami, a kocie zwyczaje są podobno nieszczere, podstępne, nieprzewidywalne. Frazeologizm żyć z kimś na kocią wiarę albo żyć z kimś na kocią łapę znaczy - żyć bez ślubu kościelnego.
Irena Łaszyn
* Zaplanuj ślub z głową! Miej wszystko pod kontrolą, bez stresu i nerwów, że o czymś zapomnisz. Skorzystaj z naszego Organizera ślubnego!
* Wyjątkowe i niepowtarzalne ręcznie robione zaproszenia ślubne
|
|
26/08/2009
Historia ślubów ... czyli jak poprzez wieki wiązano się węzłem małżeńskim |
|
|
29/08/2009
Żyć w zgodzie z przyszłymi teściami |
|
|
04/09/2009
100, 200, 300... dni po ślubie |
Brak komentarzy, Twój może być pierwszy!